Blog > Komentarze do wpisu
O mnie ....
W imię Boga Miłosiernego Litościwego

 

Nazywam się Daniel, jestem polakiem i zarazem Muzułmaninem.

Urodziłem się w Warszawie i zostałem wychowany w rodzinie katolickiej. Byłem ochrzczony, przyjąłem komunię świętą, byłem bierzmowany. w wieku 25 lat ożeniłem się, miałem ślub cywilny i ślub kościelny. Jednak jak to w życiu bywa, między mną a moją żoną nie wszystko układało się tak jakbyśmy chcieli. Po dwóch latach małżeństwa wzięliśmy rozwód i tak do dnia dzisiejszego żyję.

Od dzieciństwa byłem bardzo religijny, zawsze chodziłem do kościoła na msze święte w niedzielę i nie tylko. Oczywiście miałem w życiu okresy buntu i gniewałem się na Boga, wtedy przestawałem chodzić do kościoła i modlić się.

Jednak po pewnym czasie zaczynało mi czegoś brakować. wtedy ze skruchą wracałem przed ołtarz i prosiłem o przebaczenie. I tak mijały lata.

W wieku trzydziestu lat zacząłem jeździć do klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. Zaszywałem się tam na kilka dni i oddawałem rozmyślaniom i modlitwie. To w Tyńcu poznałem bardzo ciekawych i wartościowych ludzi. Zakonników którzy imponowali mi swoim powołaniem i oddaniem Bogu.

Jednak tam też zauważyłem i zacząłem się nad tym zastanawiać nad jedną zasadniczą kwestią.

W tej ciszy za murami klasztornymi doszło do mnie to, że my katolicy w obrzędach liturgicznych praktycznie nigdy nie modlimy się do boga jako Boga, wszystkie nasze modlitwy kierowane są tylko i wyłącznie do Jezusa i Maryi.

Zacząłem się nad tym zastanawiać, jednak będąc człowiekiem głębokiej wiary stwierdziłem, że tak musi być, że Jezus jest przecież synem Boga i tworzy On razem z Duchem Świętym, Trójcę Świętą a że Maryja przecież była matką Jezusa i jej też należy oddawać cześć i chwałę.

Moja historia z klasztorem Benedyktynów zakończyła się w chwili gdy, Ci pobożni i skromni ludzie, żyjący według reguły świętego Benedykta zaczęli zmieniać profil swego Klasztoru i swojego powołania.

Na początku zaczęli przyjmować co raz więcej "turystów" chcących oddać się kontemplacji i modlitwie za murami klasztoru, oczywiście za odpowiednią opłatą.

Następnie zaczęli prowadzić działalność gospodarczą polegającą na sprzedaży "własnych" wyrobów z logo "BENEDYKTYNI". Powstała w ten sposób firma podpisywała umowy z różnymi małymi gospodarstwami rolnymi, wytwórczymi i produkcyjnymi, którzy produkowali swoje wyroby i umieszczali na opakowaniach nalepki z wyprodukowano przez "BENEDYKTYNI". Zgadzam się, że w dzisiejszych czasach każdy pomysł na działalność biznes jest dobry, jednak uważam, że pewnych rzeczy i w pewnych formach osobom duchownym robić nie wypada.

Po pewnym czasie klasztor zamienił się w prawdziwą fabrykę pieniądza. Zaczęto otwierać sklepy i stoiska firmowe, tworząc sieć "BENEDYKTYNI". Idąc za sukcesem, przyszedł pomysł otwarcia w murach klasztoru restauracji i kawiarni. Co oczywiście przyciągnęło do tego cichego i pełnego uroku i ciszy miejsca rzesze turystów, którzy zostawiali tam pieniądze.

tym samym ten mój pełen uroku i pobożności klasztor zamienił się w pełen gwaru i szaleństwa przybytek gastronomicznej rozpusty.

w tym samym czasie następowała eskalacja żądań kościoła: zwrot mienia kościelnego, więcej krzyży w miejscach publicznych, angażowanie się kleru w politykę, awanturnicze zachwania części wiernych z pod znaku "Radia Maryja", polityczne kazania na mszach niedzielnych. To wszystko i nie tylko to sprawiło, że zacząłem odsuwać się od kościoła katolickiego.

Zatrzymałem się i  z boku patrzyłem ku czemu to wszystko zmierza.

W tym czasie zacząłem też więcej podróżować. Chciałem oderwać się od tej naszej polskiej codzienności, zobaczyć trochę świata. Trochę więcej niż tylko naturale cele naszych wyjazdów: Berlin, Praga, Paryż, Rzym czy Wilno i Lwów.

W pierwszą moją dalszą podróż wybrałem się do Laranaki na Cyprze. Był kwiecień, korzystając z okazji, że zbliżają się święta Wielkanocne postanowiłem spędzić je poza domem. W Polsce jeszcze zimno a tam po przylocie temperatura powyżej 20 stopni w dzień. Wymarzona pogoda na odpoczynek i spędzenie świąt. Trafiłem bardzo dobrze ponieważ w tym samym okresie przypadały święta Wielkanocne w obrządku kościoła Grekokatolickiego. Atmosfera świąt była wszędzie. Na ulicach procesje z okazji dnia świętego Lazarusa                ( św. Łazarza) festyny, koncerty i ogólny klimat świąt.

We wtorek po świętach wybrałem się na zwiedzanie miasta. Sama Larnaka nie jest może wielkim miastem pełnym zabytków, jednak coś można było zobaczyć.

Zacząłem od zwiedzenia kościoła pod wezwaniem świętego Lazarusa położonego w pobliżu portu w Larnace. Kościół piękny, kapiący złotem i pełen ikon prawosławnych. Od tego bogactwa kręciło się w głowie, byłem przytłoczonych ilością i mnogością tych wszystkich dekoracji i obrazów świętych. Wyszedłem stamtąd pełen zadumy. następnie skierowałem się w kierunku starego fortu położonego nad samym morzem. wszedłem na wieżę i przyglądałem się ogromowi błękitnego morza i panoramie miasta. Patrząc daleko przed siebie widziałem dachy domów i hoteli oraz gdzie nie gdzie wieże kościelne. Nagle schodząc schodami w dół spojrzałem przed siebie i zobaczyłem mały mineret kryty w wśród gaju palmowego. Pomyślałem ................dlaczego nie ?

Mały meczet ogrodzony niewysokim płotkiem wyglądał na opuszczony i lekko zaniedbany z zewnątrz. Furtka była otwarta więc postanowiłem wejść do środka. Na terenie okalającym meczet nie było nikogo nie licząc wałęsających się rudych kotów. Podszedłem do drzwi, które były szeroko otwarte, zajrzałem do środka......nikogo nie było. W środku podłoga była wyłożona dywanami, więc postanowiłem zdjąć buty. Po wejściu do środka oniemiałem. Bardzo skromne małe ale dość wysokie pomieszczenie. Całość podłóg od wejścia od przeciwległej ściany wyłożona pięknymi lecz lekko zużytymi dywanami. Ściany gołe pomalowane na biało, tylko na wprost mnie znajdował się jakby mały ołtarzyk i mała mównica.

To miejsce miało jednak coś w sobie. Do dnia dzisiejszego nie wiem co ? Może ta prostota wnętrza, może ta cisza ? Usiadłem na dywanach i zacząłem rozmyślać o życiu, o ludziach i o wierze. Mimowolnie zacząłem się modlić. Potem wstałem i z lekkim przerażeniem opuściłem to wnętrze.

Historię tego meczetu opowiedział mi recepcjonista w hotelu. Po podziale wyspy na dwie połowy, większość ludności narodowości tureckiej wysiedlono do Tureckiej Republiki Cypru. Pozostały po nich opuszczone domy, sklepy i oczywiście meczety i szkoły koraniczne. Nikt tam teraz się nie modli, tylko czasem zaglądają tam turyści tacy jak ja.

To był pierwszy w moim życiu kontakt z kulturą i religią islamską.

To był początek...................................

 

 

 

 

 

niedziela, 19 września 2010, danielsu4

Polecane wpisy

Komentarze
2011/07/30 00:39:27
Witam! Przyznam, że jestem zaszokowana czytając Twoją historię, gdyż osobiście nie spotkałam się jeszcze z przypadkiem mężczyzny, który zrezygnowałby z wiary katolickiej na rzecz islamu. Oczywiście wiem, że takie przypadki również się zdarzają, ale mam wrażenie, że jest ich mniej. A może tylko rzadziej się o nich mówi? Życzę powodzenia i wytrwania, bo życie muzułmanina w Polsce niestety tego wymaga ;)